10 NAJLEPIEJ UBRANYCH FACETÓW ROCK’N’ROLLA

Rock’n’roll to nie taniec, nie muzyka, tylko stan ducha. Uciekanie utartym konwencjom, odwaga w byciu indywidualistą, przełamywanie schematów, płynięcie pod prąd. Robienie rzeczy na swój sposób, choćby wszyscy wokół twierdzili, że „tak się przecież nie robi”. Dlatego na mojej subiektywnej liście najlepiej ubranych rock’n’rollowców wszech czasów, znalazł się zarówno muzyk jazzowy, gwiazda pop, producent muzyki tanecznej oraz postać kojarzona z folkiem. Oprócz tego, że wszyscy są wybitnymi artystami, łączy ich również własny, niepodrabialny styl, który jest dla mnie inspiracją, ilekroć sam staję przed jednym z najtrudniejszych dylematów ludzkości: „co dziś na siebie włożyć?”.

10. Miles Davis

Muzyczny geniusz na scenie, poza nią stawał się nieznośnym łobuzem i tę dwoistość widać było w jego stylu ubierania się. Były więc nieskazitelne, bardzo klasyczne (chociaż po europejsku wytaliowane) garnitury, które w środowisku jazzowym tamtych czasów stanowiły oczywistość, ale Miles nonszalancko przełamywał ich nudną elegancję, na przykład sportowymi koszulkami polo albo lakierkami zakładanymi na gołe stopy. Z kolei casualowe stylizacje Mistrza – luźne, wełniane spodnie, podwinięte chinosy, kaszmirowe swetry, nieuprasowane koszule, zawadiackie apaszki – zachwycały swobodą i brakiem wysiłku. Podobnie jak jego gra.

9. Tom Waits

Facet, w którego głosie słychać zarówno zardzewiałe żyletki, galon płonącej benzyny, słoik miodu, jak i mojego sąsiada Stefana, co to lubi podśpiewywać, wracając do domu na gazie o czwartej rano. Jego (w sensie Toma, a nie Stefana) styl jest równie eklektyczny, poskładany z różnych estetycznych puzzli. Można się tu doszukać zarówno włóczęgowskiego luzu beatników, klasycznej elegancji podpatrzonej u jazzmanów, odrobiny ekstrawagancji zaczerpniętej od nowojorskiej bohemy oraz jeansowego sznytu umęczonego robotnika, który właśnie wyszedł z fabryki. Całości dopełniają nieodłączne, zawsze lekko wymięte nakrycia głowy, na przykład za duże, tweedowe kaszkiety, których nie powstydziłby się cwaniak z warszawskiej Pragi.

8. Mark Ronson

Hasło „dj” raczej nie kojarzy się w pierwszej chwili z elegancją. Raczej ze spoconym tshirtem od znanego projektanta, skwapliwie zdejmowanym z grzbietu, przy wtórze okrzyku „rączki w górę”, kiedy na parkiecie zaczyna się robić naprawdę gorąco. No dobra, może bywałem w niewłaściwych klubach… A może po prostu Mark Ronson to nie tylko muzyczny (oprócz realizowania własnych, tanecznych hitów, zasłynął jako producent tak totalnie różnych artystów jak np. Lady Gaga, Duran Duran czy Queens Of The Stone Age) ale również stylistyczny kameleon? Ten czarodziej konsolety równie dobrze czuje się bowiem w klasycznych smokingach, po włosku skrojonych, mocno taliowanych dwurzędówkach, jak i casualowych, melanżowych (nomen omen) garniturach, do których chętnie zakłada białe sneakersy. Jak miksować, to miksować. Wiadomo, didżej.

7. Bryan Ferry

Patrząc na niego, myślisz sobie, że chciałbyś, aby tak ubierał się twój ojciec. Wystarczająco klasycznie, żeby zachować powagę i majestat, a jednocześnie z bardzo wyważoną dawką luzu i odjazdu, żeby podkreślić, że nie jest nudnym prykiem, zaczytanym w „Financial Times”. Wokalista Roxy Music zawsze miał w sobie wdzięk dandysa, który potrafił złamać tradycyjny, czasem wręcz zachowawczo skrojony garnitur, ekstrawaganckimi dodatkami – wściekle barwną poszetką, ściętym u dołu krawatem lub gigantycznym jedwabnym szalem. Bywało, że ubierał się od stóp do głów na czarno, miewał też okresy, kiedy wyglądał jak uliczny kataryniarz i treser papug w jednym. O dziwo, w żadnym z tych wcieleń ani na moment nie przestawał być nienagannie elegancki.

6. Father John Misty

Gwiazda amerykańskiej alternatywy, ex-perkusista kultowej formacji Fleet Foxes, który po odejściu z zespołu nagrał kilka znakomitych, świetnie przyjętych płyt mocniej zanurzonych w folku i country, niż rocku. Jego styl to mocno podszyte współczesną hipsterką (nie tylko z powodu brody a la Plac Zbawiciela oraz oldskulowych ray-ban’ów) połączenie tych wszystkich światów. Uwielbiam nonszalancki sposób, w jaki FJM nosi swoje wąsko skrojone, vintage’owe garnitury. Wzorzyste koszule zwykle zapina w okolicach pępka, jeśli je w ogóle zakłada, bo zdarza mu się nosić trzyczęściowy zestaw z kamizelką wrzuconą niedbale na gołe ciało. Pieprzem w tej potrawie są westernowe akcenty (kowbojki, pasy z ozdobnymi klamrami, bolo-ties, czyli „kowbojskie krawaty” itd.), które w jego przypadku nie wyglądają pretensjonalnie i tandetnie.

5. Brandon Flowers

Wokalista zespołu The Killers ma tę przewagę, że jest typowym „pięknym chłopcem” o fizjonomii modela, więc cokolwiek by na siebie włożył, zawsze będzie dobrze wyglądał. Oczywiście, że mu zazdroszczę i trochę go za to nienawidzę ale jednocześnie chylę czoła przed jego niebanalnym stylem. Podobnie jak w przypadku kolegi z miejsca 7., tu również mocne są westernowe wpływy. O ile jednak Father John Misty zwykle wygląda, jakby właśnie obudził się z popołudniowej drzemki w jakiejś teksańskiej stodole, o tyle Brandon Flowers zawsze jest stylistycznie sharp & glamour, czyli po naszemu – zwarty i gotowy. Z pewnością wielki wpływ na jego estradowy styl miało też miasto, w którym mieszka od urodzenia, czyli Las Vegas. Inaczej nie dałoby się wytłumaczyć, skąd z taką naturalnością udaje mu się połączenie wizerunku kowboja, krupiera z luksusowego kasyna oraz świecącej marynary Elvisa.

4. Charlie Watts

Wiadomo, że kiedy na scenie instalują się Rolling Stonesi, wszystkie oczy patrzą na Micka Jaggera i Keitha Richardsa, którzy od kilkudziesięciu lat są nie tylko muzycznym ale też stylistycznym yin i yang – uzupełniającymi się żywiołami. Jednak największym skarbem tej drużyny jest ukryty za perkusją, skromny milczek – Charlie Watts, chyba najbardziej znany w Polsce z tego, że wraz z żoną bywał regularnym klientem stadniny w Janowie Podlaskim, zanim „dobra zmiana” okazała się dla niego zbyt dobra. Podczas tych wizyt dał się poznać bardziej jako archetyp brytyjskiego dżentelmena, do którego należy się zwracać „sir”, niż rock’n’rollowca, wyrzucającego po pijaku telewizor za okno. Tak też, po lordowsku, Watts nosi się od lat – jego garnitury (często „trudne” w noszeniu na co dzień dwurzędówki) to kwintesencja doskonałego, angielskiego stylu, który konserwatywną formę przełamuje odrobiną ekstrawagancji. Ponadczasowa klasa.

3. Jarvis Cocker

Intelektualista popu, sarkastycznie i przenikliwie spoglądający na świat zza grubych szkieł w rogowej oprawie (zanim jeszcze zaczęli je nosić hipsterzy, nawet niemający wady wzroku). Jako lider zespołu Pulp, w ich największym hicie „Common People” śpiewał o oderwanych od rzeczywistości mieszkańcach wyższych sfer, którzy na siłę chcieli bratać się z tłumem zwykłych, prostych ludzi – mieszkać, jadać i ubierać się jak oni. Styl Cockera poniekąd odzwierciedla rozdarcie pomiędzy tymi dwoma światami. Z jednej strony przyznaje, że uwielbia kupować na wagę w lumpeksach, a z drugiej – jest regularnym klientem londyńskich pracowni bespoke z najwyższej półki. W tej momentami karkołomnej zabawie modą, Cocker osiągnął mistrzostwo, czasami balansując na balustradzie kiczu, ale nigdy nie tracąc równowagi. W swoich kraciastych tweedach, pasiastych wełnach, grubych sztruksach i barwnych zamszach, skrojonych na retro-modłę, z szerokimi jak lotniskowe pasy klapami marynarek, wygląda niczym ekscentryczny nauczyciel geografii, teleportowany z lat 70. prosto na współczesną scenę.

2. Paul Weller

Patrząc na zdjęcia byłego wokalisty The Style Council i The Jam natychmiast widać, że facet zawsze uwielbiał bawić się męską modą, z entuzjazmem szczeniaka przypadkiem zamkniętego w sklepie z wędlinami. Kręgosłup stylu Wellera ukształtowała w latach 60. subkultura brytyjskich modsów – dzieciaków w równym stopniu owładniętych obsesją muzyki, co mody, rozjeżdżających ulice Londynu charakterystycznymi skuterami, ozdobionymi niewiarygodną ilością chromów, lusterek i innych świecidełek. Elementy tamtej stylistyki zniknęły co prawda z jednośladów (na szczęście) ale wciąż są obecne w dzisiejszej, męskiej modzie – nogawki spodni-rurek, kończące się przed kostką, kontrastowe skarpetki, przyciasne marynarki, niedbale zawiązane krawaty, poszetki obficie wylewające się z brustaszy… Słowem, prawie jak dzisiejsza, włoska „sprezzatura”.

1. David Bowie

Ikona, której wpływ na modę zdaje się dziś nawet większy, niż za życia. Jeśli cokolwiek w świecie fashion wydaje wam się nowatorskie, ekscytujące, szokujące, odkrywcze, to wiedzcie, że najprawdopodobniej David Bowie zrobił to już wcześniej. I lepiej. Nieważne, czy chodzi o ekstrawaganckie, glamowe kostiumy Ziggy’ego Stardusta, przy których najodważniejsze stylizacje Michała Szpaka wyglądają jak nudne mundurki szkolne. Nieważne, czy spojrzymy na androgeniczne stylizacje, zacierające granicę między tym, co męskie, a co kobiece, zanim jeszcze ktokolwiek wymyślił słowo „unisex”. Nieważne, czy przyłapiemy Bowiego w klasycznym, ostrym jak brzytwa garniturze czy w jednej z licznych, psychodelicznych fantazji jego krawców, operujących wszystkimi barwami tęczy. On zawsze wyglądał w tym wszystkim jak bóg rock’n’rolla, który dla kaprysu zszedł na ziemię.

– Marcin Prokop